Mąż ma kilka dni wolnego, z czego korzystamy, cieszymy się czasem razem, chodzimy na spacery, bo pogoda genialna, uczymy się funkcjonowania w cztery osoby. Przez to niestety na blogowanie mniej czasu, ale systematycznie nadrabiam zaległości i Was podczytuję - nie zdziwcie się jak nagle "zaspamuję" hurtowo komentarzami w kilku wpisach. Ponieważ w domu nie jestem sama, to i czas inaczej się układa, bo nie tylko wg potrzeb dziecka i mojego widzi mi się, a musimy iść na kompromisy i nie do końca potrafię się zorganizować po swojemu niestety.
Co u nas? Ponownie zbiorczo i skrótowo.
Byliśmy w wesołym miasteczku i tym razem Mikołaj szalał ze mną, a tata robił zdjęcia i pilnował Śpiocha w wózku. Ilość atrakcji ze względu na wiek i wzrost ograniczona, ale zaliczyliśmy kolejkę i samochodziki. Może nawet lepiej, że nie na wszystko może wejść, bo ceny biletów są porażające. Potem był wielki plac zabaw :) Właściwie to kompleks kilku mniejszych: dla małych dzieci, odrobinę starszych, miejsce do jeżdżenia na desce, rolkach, boisko do nogi (to chyba Orlik), siłownia dla dorosłych na świeżym powietrzu (Brzdąc zawsze na orbitreku chwilę jeździ i naprawdę świetnie mu to wychodzi, a ja już się nie mogę doczekać, gdy na nim poćwiczę).
